Sunday, June 21, 2015

Artbook - Black Butler Artworks 1

Black Butler Artworks 1 to najnowszy artbook, jaki znalazł się w mojej kolekcji. Wpadł mi w ręce w zasadzie przypadkiem - znalazłam go na allegro w naprawdę przyzwoitej cenie, w idealnym stanie. Zwykle żałuję pieniędzy na artbooki, woląc ją wydać na pięknie wydane mangi czy też po prostu mangi (:P), jednak po obejrzeniu filmiku z prezentacją wydania na youtube postanowiłam dać się skusić.


Jest to pierwsza część zbioru grafik Yany Toboso (druga ukazała się w Japonii w maju tego roku) związana z Kuroshitsuji - choć nie tylko. Artbook liczący ok. 130-140 stron wydany został w granatowo - srebrnej złożonej oprawie z wklejonymi wstążeczkami do wiązania, zaś jego wnętrze stanowi śnieżnobiały kredowy papier. Grupy grafik - a oprócz Kuroshitsuji mamy tu jeszcze RustBlaster i trochę “Free & Collaboration” - zostały oddzielone od siebie półprzezroczystym, kalkowym papierem. Nasycenie tuszu jest doskonałe, nigdzie nie widać jakichś ciapków czy nierówności. O artbooku w zasadzie trudno mówić bez pokazywania, dlatego poniżej trochę zdjęć.
 
Początek grafik z Kuroshitsuji - widoczna półprzezroczysta strona "kalki" z prześwitującą grafiką
To, co znajduje się pod kalką







Jedna z grafik "Free & Collaboration"

RustBlaster - kalkowa strona z prześwitującą spod spodu grafiką
Podsumowując - naprawdę pięknie wydany artbook, na pewno najlepiej wśród wszystkich, jakie posiadam - choć, niestety, nie ma ich za dużo. Z pewnością spróbuję zapolować na drugą część - z czerwoną wstążeczką. ;)

Monday, June 15, 2015

Studium szaleństwa w jedenastu tomach - Flowers of Evil

Tytuł oryginału: 惡の華 (Aku no Hana)
Tytuł angielski: Flowers of Evil
Ilość tomów: 11
Autor: Oshimi Shuuzou
Wydawca: Vertical
Gatunek: dramat, thriller psychologiczny

Amerykańskie wydawnictwo Vertical to dla mnie tematyczny odpowiednik naszego rodzimego Hanami - wydają dobre, ambitne tytuły (na szczęście z lepszą korektą niż u Hanami...), o których wiem, że w zasadzie mogę brać je w ciemno. “Flowers of Evil” wpadło mi w oko podczas wizyty w Forbidden Planet, ale wtedy jeszcze manga wychodziła po angielsku, a tomiki nie należały do najtańszych, dlatego postanowiłam się wstrzymać z zakupem. Gdy rok później trafiłam na okazję kupienia całego kompletu w idealnym stanie i atrakcyjnej cenie na jednej z fejsbukowych mangowych grup, nie wahałam się ani chwili.

Kasuga jest cichym, zamkniętym w sobie uczniem gimnazjum, który zaczytuje się w “Kwiatach zła” Baudelaire’a. Pewnego dnia pod wpływem impulsu kradnie strój na wf Saeki - koleżanki, w której się skrycie podkochuje. Świadkiem tego zdarzenia jest Nakamura, socjopatyczna i wyrachowana dziewczyna, która zaczyna szantażować Kasugę, w wyniku czego ten zmuszony jest zawrzeć z nią pewnego rodzaju kontrakt. Dzięki nowej “przyjaciółce” chłopak odkrywa, że ma też drugą, mroczną stronę. A może nie?



Seria liczy jedenaście tomów, zaś fabuła rozwija się na przestrzeni kilku lat. Czytelnik może obserwować, jak uwikłanie Kasugi w swego rodzaju miłosny trójkąt zmienia jego nastawienie do ludzi i do jego samego, jak wytrąca go z równowagi i wyrywa z rutyny jego stabilnego świata. Właściwie jest to pewnego rodzaju studium szaleństwa - i to szaleństwa dotyczącego nie tylko Nakamury, ale też Kasugi, a nawet Saeki. W tej historii nic nie jest czarne ani białe, bohaterowie nie wzbudzają natychmiastowej sympatii ani jednoznacznej antypatii.

Nakamura jest wyrachowaną, socjopatyczną manipulatorką z zacięciem sadystycznym, ale też bardzo samotną, wyobcowaną dziewczyną. Znajomość z Kasugą jest dla niej pewnym rodzajem terapii, choć ona sama początkowo kompletnie nie zdaje sobie z tego sprawy. Kradzież stroju Saeki rozpoczynająca serię powoduje cały łańcuch zdarzeń, które bardzo wpływają na wszystkich - zarówno głównych bohaterów, jak i ich rodziny i znajomych. Związek Kasugi z Saeki oraz z Nakamurą wypalają w nim piętno, którego ślad, jak się okazuje, nosił będzie przez całe życie. Cała historia utrzymana jest w ponurym, raczej depresyjnym tonie, jednak pochłania się ją jednym ciągiem.

Manga jest częściowo autobiograficzna - Oshimi Shuuzou w pojawiających się między rozdziałami wstawkach odautorskich wspomina pewne wydarzenia ze swojego życia, na których oparł fabułę i zarysy postaci z mangi. Przez to, że czytelnik w miarę szybko dowiaduje się o motywach autobiograficznych, dużo łatwiej jest się identyfikować z bohaterami - w moim przypadku właściwie ze wszystkimi, nie tylko z Kasugą.

 


Kreska w mandze jest rewelacyjna - delikatna i bardzo dopracowana, a przy tym szczegółowa. Proporcje postaci są doskonale zachowane, tła rzadko bywają puste - a jeśli już, jest to uzasadnione i absolutnie nie wygląda na lenistwo mangaki. Przewodnim motywem graficznym jest oset - ten sam, który pojawia się na okładce “Kwiatów zła” Baudelaire’a - książki, która również przewija się przez całą serię. Czasem tworzy to wręcz psychodeliczny klimat, który pewnie może odstraszać część czytelników, jednak mnie po prostu oczarował i wciągnął aż do ostatniej strony.


Amerykańskie wydanie wydrukowano na dobrej jakości papierze, przez który nie przebija druk. Nasycenie czerni jest dobre, a marginesy wewnętrzne wystarcząjace, aby komfortowo czytać mangę bez obawy o złamanie grzbietu. Nie dopatrzyłam się żadnych literówek ani błędów. Okładki tradycyjnie są odrobinę za krótkie. ;) Wydawca pozostał wierny japońskiemu oryginałowi, jeśli chodzi o projekt okładek - okładki i grzbiety tomików wyznaczają podział mangi na “sagi”. Całość prezentuje się bardzo ładnie, choć umieszczenie tytułów na różnych wysokościach w różnych “sagach” jest moim zdaniem designerską pomyłką - tak jednak było w oryginale, tak też jest w wydaniu Verticala.

Czy warto sięgnąć po tę mangę? Absolutnie tak. Zdecydowanie nie jest to lekkie czytadło do poduszki - manga jest raczej trudna w odbiorze i wymaga od czytelnika trochę więcej wysiłku, jednak na mnie zrobiła ogromne wrażenie. Jeśli ktoś ma ochotę na niesztampową, bardzo psychologiczną, trochę mroczną i doskonale narysowaną mangę - niech sięga śmiało po “Flowers of Evil”, a nie zawiedzie się.

Tuesday, June 9, 2015

Doushitemo Furetakunai - live action

Jestem wielką fanką twórczości Kou Yonedy. Kupuję każdą jej mangę po polsku i po angielsku, jaką mogę, a to, czego nie mogę nabyć w żadnym zrozumiałym dla mnie języku, czytam w internecie (mimo że nienawidzę czytania mang z ekranu). Dlatego też, gdy tylko obejrzałam trailer live action do Doushitemo Furetakunai, którego mangowy pierwowzór został wydany po polsku przez wydawnictwo Kotori i po angielsku przez DMI pod logiem June, wiedziałam, że MUSZĘ to obejrzeć. Wieczorem po powrocie z pracy zasiadłam z kubkiem herbaty przez laptopem i zaczęłam oglądać, a teraz czuję nieodpartą potrzebę podzielenia się wrażeniami. Bo czuję się lekko zawiedziona.



TL;DR: Całe live action wygląda TANIO.

Wersja dłuższa dla spragnionych rozwiniętej opinii (może zawierać zawiera spoilery):
Ja wiem, że live action to produkcje niskobudżetowe i nie należy się po nich spodziewać szczególnego “wow”. Nie nastawiałam się na nic szczególnie powalającego i byłam pewna, że live action będzie gorsze niż manga. Tutaj jednak taniocha kapie dosłownie kapie z każdego kąta i trudno to ignorować nawet przy dużej ilości dobrej woli. Ogień we wspomnieniach Togawy to taki montaż trochę w stylu “umię Painta”. Sceneria biura też wygląda trochę jak sklecona z kartonu - a oprócz niej mamy w zasadzie tylko trzy miejsca - chodnik przed barem, park i mieszkanie Shimy (tutaj wyszło dobrze, nie czepiam się).

Muzyka - właściwie ciężko coś o niej powiedzieć, bo prawie jej nie było. Z jednej strony to podkreśliło całą melancholijność historii, ale z drugiej - wyszło jakby pustawo. Dodałabym coś delikatnego w tle, ale bardzo się tego nie czepiam.

Gra aktorska… hmm… pan grający Shimę z introwertycznego i trochę wyalienowanego faceta zrobił naburmuszonego chomika. Naprawdę nie mogłam się pozbyć wrażenia, że Shima jest mało Shimowaty. Natomiast Togawa - ach i och, me gusta! Baardzo fajnie odtworzony charakter postaci, wszystko mi tu grało. W zasadzie Togawa to największy plus całego dzieła.


Podsumowując - moim zdaniem wyszło trochę zbyt topornie. Polecam zagorzałym fanom Yonedy, którzy mają trochę wolnego czasu i naprawdę nie wiedzą, co z nim zrobić - pozostałym zamiast tego polecam przeczytać jeszcze raz mangę, bo niestety live action się do niej nie umywa.