Tuesday, December 29, 2015

Even So, I Will Love You Tenderly, czyli Yonedy na półce nigdy dość

Nie znoszę czytać skanlacji w internetach. Naprawdę, nie lubię. W ogóle nie lubię czytać mang ani książek w formie elektronicznej - przewracanie stron, zapach tuszu i szelest papieru to część rytuału, który sprawia mi ogromną przyjemność i dlatego przedkładam formę papierową ponad każdą inną (zielone lasy Amazonii - sorry). Z tego powodu zazwyczaj - nawet, jak coś mnie strasznie wciągnie - czytam kolejne tomy dopiero w druku, w zrozumiałym dla mnie języku. Tym bardziej znamienny jest fakt, że historie składające się na Soredemo, yasashii koi wo suru przeczytałam w internetach i to nawet nie raz, a dwa, a ogłoszenie angielskiego wydania przyjęłam z głośnym fangirlowym piskiem (co mój facet powitał wymownym przewróceniem oczami, a potem udawał, że słucha, jak opowiadałam o przedmiocie uciechy i powodzie rzeczonego pisku). Oto i ono - angielskie wydanie spin-offu do Doushitemo furetakunai autorstwa Yonedy, absolutnej mistrzyni w swoim fachu.


Tytuł oryginału: それでも,やさしいい恋をする(Soredemo, yasashii koi wo suru)
Tytuł angielski: Even So, I Will Love You Tenderly
Ilość tomów: 1
Autor: Yoneda Kou
Wydawca: June (Digital Manga Inc.)
Gatunek: romans, okruchy życia, yaoi

Tomik stanowi zbiór krótkich, łączących się ze sobą historii publikowanych początkowo jako doujinshi do Labiryntu uczuć przez samą autorkę. Historie te zostały wydane w formie zbiorczego tomu w kwietniu 2014 roku (w tomiku można je traktować właściwie jak rozdziały, gdyż są ułożone chronologicznie), a październiku doczekały się też dramy. Wydanie amerykańskie ujrzało światło dzienne w październiku tego roku (o tym, dlaczego wpadło w moje ręce dopiero teraz, będzie trochę niżej), zaś wydanie polskie wydawnictwo Kotori zapowiedziało na maj 2016 roku.

Jednym z głównych bohaterów mangi jest Ryou Onoda - sympatyczny, ciepły okularnik znany nam z Labiryntu uczuć. Onoda to cichy facet. Po cichu się zakochał i po cichu dostał kosza - a w zasadzie dał go sobie sam, wiedząc, że obiekt jego uczuć jest zakochany w kimś innym. Ma jednak kogoś, komu zawsze może się zwierzyć, a jak trzeba, to i z kim upić - Harumi Deguchi, mimo że jest wyluzowanym, towarzystkim specjalistą od sprzedaży, zawsze znajdzie czas, by pocieszyć starego kumpla. Kiedy jednak przestaje myśleć o Onodzie tylko jak o przyjacielu, sprawy się nieco komplikują.


Perypetie obu panów Yoneda Kou ukazała z właściwym sobie wyczuciem w jak zwykle subtelny sposób. Nie będę nawet zaczynać opowiadać o tym, jak uwielbiam mangi tej autorki i jakich orgazmów ocznych dostaję przy patrzeniu na jej kreskę, bo trochę za długo by to trwało i brzmiało trochę za głupio. Jest to chyba jedyna mangaczka specjalizująca się w yaoi, której nie zdarzyło się w moim mniemaniu stworzyć gniota ani przeciętniaka. Zamiast peanów dla autorki będzie trochę narzekania. ;)

Digital Manga pod znakiem wydawniczym June publikuje dużą (jeśli nie większą) część anglojęzycznych mang yaoi. Zawsze jednak:
1. zapowiadany termin wydania ogłaszanych tytułów jest bardzo odległy w czasie,
2. termin rzeczywistego wydania jest zazwyczaj spóźniony o jeszcze dłużej (na Border 4 i 5 czekam, czekam i nie wiem, czy dożyję... w tej chwili zapowiedziano roczną obsuwę, a wcale nie jest powiedziane, że na tym się skończy - co więcej, wcale nie jest to jakiś rekord),
3. jak już wyjdzie, to przez kilka miesięcy żaden dystrybutor nie ma dostępu do nakładu,
4. po upływie kilku miesięcy nakład się wyczerpuje, a DMI uznaje dodruki za bodaj najbardziej nieopłacalny interes świata, w związku z czym ceny tomików na Amazon Marketplace i eBayu osiągają kosmiczne poziomy.

Swój egzemplarz zamówiłam na The BookDepository w lutym. Premiera, z tego, co pamiętam, planowana była na kwiecień. Ostatecznie tomik ukazał się w październiku, ale do dziś nie jest dostępny ani na The BookDepository, ani na Amazonie, ani w ogóle nigdzie z wyjątkiem oficjalnego sklepu wydawcy, czyli Akadot.com. Raz nawet chciałam się skusić na zakupy na Akadocie, ale jak za wysyłkę do Polski mang za ok. 20 dolarów zażyczyli sobie 65, dałam sobie spokój. Od niedawna jednak DMI wprowadziło do swojego sklepiku na eBayu opcję wysyłki międzynarodowej - tomik standardowej grubości kosztuje 18 dolarów, w co wliczona jest już wysyłka. Przy obecnych kursach walut robi się trochę smutno, ale tego tomiku nie mogłam odpuścić, więc zamówiłam.




Manga ze Stanów w okresie świątecznym szła do mnie 8 (!!!) dni i zapakowana była w kopertę bąbelkową pancernej grubości. Jako dodatek dostałam dwie pocztówki promujące YaoiCon 2015 - jedną z Waltz in the Clinic Makoto Tateno, a drugą... hm. Nie wiem - jak ktoś wie i mnie oświeci w komentarzach, będę wdzięczna. ;) Samo wydanie jest w zasadzie w takim standardzie, do jakiego przyzwyczaiło nas June - jedna kolorowa strona na błyszczącym papierze, w reszcie tomiku szarawy papier dobrej gramatury (nic nie przebija), do jakości druku nie mam zastrzeżeń. Okładka trochę za krótka... ;) Tłumaczenie jest dobre, czyta się to płynnie i przyjemnie. W miejscu, które było problematyczne pod względem tłumaczenia (gra słów), dodano małym drukiem wyjaśnienie pod panelem. Zauważyłam jedną literówkę i to dopiero na sam koniec tomiku, na bonusowej stronie. Ogólnie jestem zadowolona z zakupu, teraz niecierpliwie czekam na polskie wydanie, jakim nas uraczy na wiosnę Kotori. Może pokuszę się o porównanie tych dwóch wydań, kto wie. :)

Monday, December 7, 2015

Kageyama z wielką głową

Mój najnowszy figurkowo-pierdółkowy nabytek mam od miesiąca i nawet zrobiłam mu zdjęcia, ale jakoś nie wyszło mi z notką... jak zwykle. Kageyama trafił do mnie przypadkiem - zobaczyłam ofertę sprzedaży na fejsbukowej grupie i nie mogłam mu się oprzeć. Ma ok. 10 cm wysokości i zdecydowanie za dużą głowę, co jednak wcale nie ujmuje mu uroku. ;)


Jednocześnie to mój pierwszy nabytek z Haikyuu!! - ostatnio staram się trochę powściągać swoje zapędy, jeśli chodzi o zbieractwo. Oczywiście jest mnóstwo prześlicznych figurek, które chętnie postawiłabym na półce i pewnie prędzej czy później Kageyama przestanie być samotny niezależnie od mojego żałowania kasy na głupoty.

Cóż, niestety muszę wyznać (haaa, surprise!), że coś mi nie idzie z regularnym prowadzeniem bloga. Po powrocie z pracy nawet nie chce mi się włączać komputera, żeby coś naskrobać, a w weekendy zwykle znajduje się dużo innych rzeczy do zrobienia i na notki nie starcza czasu ani chęci. Ponieważ jednak ten blog nie aspiruje do bycia profesjonalnym, recenzenckim ani w ogóle właściwie żadnym konkretnym, mam wrażenie, że ludzkość za wiele na tym nie traci. ;)


Wednesday, September 23, 2015

Warto przeczytać, część 1: Let Dai

Niestety, jak widać, regularnie publikowanie postów nie do końca mi się udaje. Troszkę po to, aby to zmienić, a troszkę dlatego, że od dłuższego czasu chodziło mi to po głowie, postanowiłam zacząć cykl notek “Warto przeczytać”. Zamierzam tu prezentować mangi i manhwy mniej znane, mam nadzieję - ambitne, a także po prostu takie, które wywarły na mnie duże wrażenie. Nie chcę się skupiać na jakości wydania, a na samej historii, dlatego nie spodziewajcie się tutaj rozwodzenia się nad każdą literówką czy za małymi marginesami - takie rzeczy najwyżej wspomnę i nie poświęcę na to więcej niż trzy zdania (postaram się!). ;) Na pierwszy ogień idzie piętnastotomowa manhwa “Let Dai”.


Tytuł oryginału: Let 다이
Tytuł angielski: Let Dai
Ilość tomów: 15
Autor: Won Sooyeon
Wydawca: Netcomics
Gatunek: dramat, tragedia, psychologiczne, okruchy życia, shounen-ai



“...a tragic tale of forbidden love and unforgivable betrayal”.

Jaeheego i Daia różni wszystko. Jaehee jest chłopakiem z dobrego domu, miły, inteligentny, nieźle się uczy, ma dziewczynę. Dai to okrutny i agresywny przywódca młodocianego gangu The Furies, który za nic ma autorytety i normy społeczne. Spotykają się przypadkiem, gdy Jaehee ratuje z opresji siostrę swojej dziewczyny. Ich losy splatają się w przedziwny sposób, wyzwalając w obu chłopcach uczucia, których nie rozumieją, zaś żaden z nich nawet nie przypuszcza, jak wielkimi krokami zbliżają się do tragedii, która odbije na nich swoje piętno.

Na pierwszy plan historii wysuwa się fascynacja Jaeheego Daiem - fascynacja przeciwstawiająca się logice, nieracjonalna, toksyczna, mieszająca się ze strachem i niepewnością, która jednak trwa wbrew głosowi rozsądku. Chłopak nie rozumie swoich uczuć, nie rozumie też Daia, który w jednej chwili z ciepłego i opiekuńczego człowieka przeradza się w zaborczego socjopatę. Ludzie jednak bywają nieracjonalni - dlatego Jaehee, zamiast zerwać kontakt z Daiem, coraz głębiej wpada w jego świat, choć zdaje sobie sprawę z zagrożeń, jakie to za sobą niesie, i jak bardzo go to zmienia.

Jak bardzo trzeba zostać skrzywdzonym, by przestać kochać? I jak daleko można się posunąć, by nie zatracić swojego człowieczeństwa? Let Dai bynajmniej nie jest naiwną opowiastką o zakazanej miłości. Miłość w manhwie daje szczęście, ale też sprawia realny, psychiczny, ale też fizyczny, ból. I, mimo że boli, trwa. Towarzyszą jej chęć zemsty, strach, poczucie bezsilności, duma, honor, żal i nienawiść, tworząc bardzo niebezpieczną mieszankę.

Nie jest to też typowe shounen-ai - choć sfera seksualna związku głównych bohaterów nie jest nigdzie ukazana, daje się czytelnikowi do zrozumienia, że istnieje. Shounen-ai zakłada zresztą pewien stopień niewinności bohaterów, której tu próżno szukać.

Kreska w manhwie jest bardzo czysta, staranna i szczegółowa. Proporcje są doskonale oddane, zaś mimika twarzy dopracowana. Nie ma też problemu z rozróżnieniem postaci, co nierzadko zdarza się w mangach i manhwach. Tutaj postaci odróżniamy po twarzach i sylwetkach, a nie fryzurach. I oczywiście okładki - ach, okładki! Piękne, pastelowe grafiki, od których oczu nie można oderwać.





Wydanie Netcomics pozostawia trochę do życzenia, ale jest poprawne. Ot, jest takie sobie - trochę za małe marginesy wewnętrzne, za cienki papier - ale nie ma tam nic szczególnie rażącego. No, może z wyjątkiem nieco zbyt drewnianego tłumaczenia w paru miejscach, jednak jestem w stanie to znieść bez specjalnego zgrzytania zębami. Treść rekompensuje mi wszystkie niedostatki wydania.

Komu polecam lekturę? Na pewno nie osobom nadmiernie wrażliwym. W manhwie brutalność przedstawiona jest bardzo dosłownie - jest krew, znęcanie się, wybite zęby… A to dopiero przygrywka. Historia ta jest przede wszystkim mroczna i bardzo ciężka. Nie jest to lektura lekka i przyjemna, czasem musiałam robić przerwy tylko po to, żeby nie zacząć krzyczeć. Ale zapewniam, że warto. “Let Dai” jest bezapelacyjnie jednym z najlepszych komiksów, jakie w życiu przeczytałam.

Friday, August 7, 2015

Guilt|Pleasure - The Doll

Tytuł oryginału: The Doll
Ilość tomów: 1
Autor: Guilt|Pleasure (Kichiku Neko & TogaQ)
Gatunek: dramat, psychologiczne, akcja, yaoi
Forma: powieść ilustrowana

To, że jestem wielką fanką twórczości duetu Guilt|Pleasure, nie jest żadną tajemnicą. “The Doll” jest ich najnowszą powieścią, która ujrzała światło dzienne na początku czerwca.

Tak wygląda okładka - zdjęcie pochodzi ze sklepu guiltpleasure.ecrater.com

Vincent Lynch jest najemnikiem. Zostaje wynajęty do znalezienia Kaia - najbardziej zaawansowanego egzemplarza wyprodukowanego w ramach programu “The Doll” - sztucznego organizmu do złudzenia przypominającego człowieka, zaprogramowanego tak, aby służyć swojemu użytkownikowi. Kai został zabrany z laboratorium przez doktora Somę, który tak mocno przywiązał się do niego, że nie mógł już znieść nieludzkich praktyk mających na celu uczenie Kaia “rozpoznawania emocji”. Vincent, choć jego zleceniodawca wyraźnie budzi w nim odrazę, zaś sam projekt jest według niego moralnie wątpliwy, podejmuje się zadania, które obejmuje odbicie Kaia oraz zabójstwo Somy. Bohater bardzo szybko przekona się, że człowieczeństwo ma wiele aspektów - i, paradoksalnie, nie dotyczy wyłącznie ludzi.

Powieść (powiastka? nowela?) zajmuje 100 stron wydania ze 128 stron całości - reszta to wywiad z autorkami, opis postaci, szkice i inne dodatki. Wydana została w formacie A5 na kredowym, białym papierze. Książka została wyposażona w lakierowaną okładkę ze skrzydełkami, z tłoczonymi napisami. Wnętrze otwierają dodatkowe czarne strony wydrukowane na “karbowanym” papierze. Wydanie jest bogato ilustrowane szczegółowymi i dopracowanymi ilustracjami autorstwa TogaQ - zawiera aż 16 grafik. Jedyne, co mnie nieco irytuje, to gigantyczne interlinie między akapitami - naprawdę mogłyby być duuużo mniejsze. Poza tym - wydanie cud, miód i orzeszki.

Postaci są dobrze dopracowane, zaś ich charaktery przemyślane. Fabuła jest wystarczająco złożona, by nie mieć wątpliwości, że gdyby wyciąć całą część yaoi, wszystko nadal miałoby sens i dobrze by się to czytało - a to wcale nie jest takie częste w tym gatunku. Główny wątek stanowi oczywiście rozwój postaci Lyncha - jego podejścia i rodzących się uczuć względem Kaia. Plot twist zaserwowany czytelnikowi w drugiej połowie powieści jest moim zdaniem nieco przekombinowany, ale na pewno nie psuje radochy z czytania. Próbka wydania dostępna jest w internecie - jeśli mój opis tytułu Was zainteresował, polecam się z nią zapoznać. ;)

Sunday, June 21, 2015

Artbook - Black Butler Artworks 1

Black Butler Artworks 1 to najnowszy artbook, jaki znalazł się w mojej kolekcji. Wpadł mi w ręce w zasadzie przypadkiem - znalazłam go na allegro w naprawdę przyzwoitej cenie, w idealnym stanie. Zwykle żałuję pieniędzy na artbooki, woląc ją wydać na pięknie wydane mangi czy też po prostu mangi (:P), jednak po obejrzeniu filmiku z prezentacją wydania na youtube postanowiłam dać się skusić.


Jest to pierwsza część zbioru grafik Yany Toboso (druga ukazała się w Japonii w maju tego roku) związana z Kuroshitsuji - choć nie tylko. Artbook liczący ok. 130-140 stron wydany został w granatowo - srebrnej złożonej oprawie z wklejonymi wstążeczkami do wiązania, zaś jego wnętrze stanowi śnieżnobiały kredowy papier. Grupy grafik - a oprócz Kuroshitsuji mamy tu jeszcze RustBlaster i trochę “Free & Collaboration” - zostały oddzielone od siebie półprzezroczystym, kalkowym papierem. Nasycenie tuszu jest doskonałe, nigdzie nie widać jakichś ciapków czy nierówności. O artbooku w zasadzie trudno mówić bez pokazywania, dlatego poniżej trochę zdjęć.
 
Początek grafik z Kuroshitsuji - widoczna półprzezroczysta strona "kalki" z prześwitującą grafiką
To, co znajduje się pod kalką







Jedna z grafik "Free & Collaboration"

RustBlaster - kalkowa strona z prześwitującą spod spodu grafiką
Podsumowując - naprawdę pięknie wydany artbook, na pewno najlepiej wśród wszystkich, jakie posiadam - choć, niestety, nie ma ich za dużo. Z pewnością spróbuję zapolować na drugą część - z czerwoną wstążeczką. ;)

Monday, June 15, 2015

Studium szaleństwa w jedenastu tomach - Flowers of Evil

Tytuł oryginału: 惡の華 (Aku no Hana)
Tytuł angielski: Flowers of Evil
Ilość tomów: 11
Autor: Oshimi Shuuzou
Wydawca: Vertical
Gatunek: dramat, thriller psychologiczny

Amerykańskie wydawnictwo Vertical to dla mnie tematyczny odpowiednik naszego rodzimego Hanami - wydają dobre, ambitne tytuły (na szczęście z lepszą korektą niż u Hanami...), o których wiem, że w zasadzie mogę brać je w ciemno. “Flowers of Evil” wpadło mi w oko podczas wizyty w Forbidden Planet, ale wtedy jeszcze manga wychodziła po angielsku, a tomiki nie należały do najtańszych, dlatego postanowiłam się wstrzymać z zakupem. Gdy rok później trafiłam na okazję kupienia całego kompletu w idealnym stanie i atrakcyjnej cenie na jednej z fejsbukowych mangowych grup, nie wahałam się ani chwili.

Kasuga jest cichym, zamkniętym w sobie uczniem gimnazjum, który zaczytuje się w “Kwiatach zła” Baudelaire’a. Pewnego dnia pod wpływem impulsu kradnie strój na wf Saeki - koleżanki, w której się skrycie podkochuje. Świadkiem tego zdarzenia jest Nakamura, socjopatyczna i wyrachowana dziewczyna, która zaczyna szantażować Kasugę, w wyniku czego ten zmuszony jest zawrzeć z nią pewnego rodzaju kontrakt. Dzięki nowej “przyjaciółce” chłopak odkrywa, że ma też drugą, mroczną stronę. A może nie?



Seria liczy jedenaście tomów, zaś fabuła rozwija się na przestrzeni kilku lat. Czytelnik może obserwować, jak uwikłanie Kasugi w swego rodzaju miłosny trójkąt zmienia jego nastawienie do ludzi i do jego samego, jak wytrąca go z równowagi i wyrywa z rutyny jego stabilnego świata. Właściwie jest to pewnego rodzaju studium szaleństwa - i to szaleństwa dotyczącego nie tylko Nakamury, ale też Kasugi, a nawet Saeki. W tej historii nic nie jest czarne ani białe, bohaterowie nie wzbudzają natychmiastowej sympatii ani jednoznacznej antypatii.

Nakamura jest wyrachowaną, socjopatyczną manipulatorką z zacięciem sadystycznym, ale też bardzo samotną, wyobcowaną dziewczyną. Znajomość z Kasugą jest dla niej pewnym rodzajem terapii, choć ona sama początkowo kompletnie nie zdaje sobie z tego sprawy. Kradzież stroju Saeki rozpoczynająca serię powoduje cały łańcuch zdarzeń, które bardzo wpływają na wszystkich - zarówno głównych bohaterów, jak i ich rodziny i znajomych. Związek Kasugi z Saeki oraz z Nakamurą wypalają w nim piętno, którego ślad, jak się okazuje, nosił będzie przez całe życie. Cała historia utrzymana jest w ponurym, raczej depresyjnym tonie, jednak pochłania się ją jednym ciągiem.

Manga jest częściowo autobiograficzna - Oshimi Shuuzou w pojawiających się między rozdziałami wstawkach odautorskich wspomina pewne wydarzenia ze swojego życia, na których oparł fabułę i zarysy postaci z mangi. Przez to, że czytelnik w miarę szybko dowiaduje się o motywach autobiograficznych, dużo łatwiej jest się identyfikować z bohaterami - w moim przypadku właściwie ze wszystkimi, nie tylko z Kasugą.

 


Kreska w mandze jest rewelacyjna - delikatna i bardzo dopracowana, a przy tym szczegółowa. Proporcje postaci są doskonale zachowane, tła rzadko bywają puste - a jeśli już, jest to uzasadnione i absolutnie nie wygląda na lenistwo mangaki. Przewodnim motywem graficznym jest oset - ten sam, który pojawia się na okładce “Kwiatów zła” Baudelaire’a - książki, która również przewija się przez całą serię. Czasem tworzy to wręcz psychodeliczny klimat, który pewnie może odstraszać część czytelników, jednak mnie po prostu oczarował i wciągnął aż do ostatniej strony.


Amerykańskie wydanie wydrukowano na dobrej jakości papierze, przez który nie przebija druk. Nasycenie czerni jest dobre, a marginesy wewnętrzne wystarcząjace, aby komfortowo czytać mangę bez obawy o złamanie grzbietu. Nie dopatrzyłam się żadnych literówek ani błędów. Okładki tradycyjnie są odrobinę za krótkie. ;) Wydawca pozostał wierny japońskiemu oryginałowi, jeśli chodzi o projekt okładek - okładki i grzbiety tomików wyznaczają podział mangi na “sagi”. Całość prezentuje się bardzo ładnie, choć umieszczenie tytułów na różnych wysokościach w różnych “sagach” jest moim zdaniem designerską pomyłką - tak jednak było w oryginale, tak też jest w wydaniu Verticala.

Czy warto sięgnąć po tę mangę? Absolutnie tak. Zdecydowanie nie jest to lekkie czytadło do poduszki - manga jest raczej trudna w odbiorze i wymaga od czytelnika trochę więcej wysiłku, jednak na mnie zrobiła ogromne wrażenie. Jeśli ktoś ma ochotę na niesztampową, bardzo psychologiczną, trochę mroczną i doskonale narysowaną mangę - niech sięga śmiało po “Flowers of Evil”, a nie zawiedzie się.

Tuesday, June 9, 2015

Doushitemo Furetakunai - live action

Jestem wielką fanką twórczości Kou Yonedy. Kupuję każdą jej mangę po polsku i po angielsku, jaką mogę, a to, czego nie mogę nabyć w żadnym zrozumiałym dla mnie języku, czytam w internecie (mimo że nienawidzę czytania mang z ekranu). Dlatego też, gdy tylko obejrzałam trailer live action do Doushitemo Furetakunai, którego mangowy pierwowzór został wydany po polsku przez wydawnictwo Kotori i po angielsku przez DMI pod logiem June, wiedziałam, że MUSZĘ to obejrzeć. Wieczorem po powrocie z pracy zasiadłam z kubkiem herbaty przez laptopem i zaczęłam oglądać, a teraz czuję nieodpartą potrzebę podzielenia się wrażeniami. Bo czuję się lekko zawiedziona.



TL;DR: Całe live action wygląda TANIO.

Wersja dłuższa dla spragnionych rozwiniętej opinii (może zawierać zawiera spoilery):
Ja wiem, że live action to produkcje niskobudżetowe i nie należy się po nich spodziewać szczególnego “wow”. Nie nastawiałam się na nic szczególnie powalającego i byłam pewna, że live action będzie gorsze niż manga. Tutaj jednak taniocha kapie dosłownie kapie z każdego kąta i trudno to ignorować nawet przy dużej ilości dobrej woli. Ogień we wspomnieniach Togawy to taki montaż trochę w stylu “umię Painta”. Sceneria biura też wygląda trochę jak sklecona z kartonu - a oprócz niej mamy w zasadzie tylko trzy miejsca - chodnik przed barem, park i mieszkanie Shimy (tutaj wyszło dobrze, nie czepiam się).

Muzyka - właściwie ciężko coś o niej powiedzieć, bo prawie jej nie było. Z jednej strony to podkreśliło całą melancholijność historii, ale z drugiej - wyszło jakby pustawo. Dodałabym coś delikatnego w tle, ale bardzo się tego nie czepiam.

Gra aktorska… hmm… pan grający Shimę z introwertycznego i trochę wyalienowanego faceta zrobił naburmuszonego chomika. Naprawdę nie mogłam się pozbyć wrażenia, że Shima jest mało Shimowaty. Natomiast Togawa - ach i och, me gusta! Baardzo fajnie odtworzony charakter postaci, wszystko mi tu grało. W zasadzie Togawa to największy plus całego dzieła.


Podsumowując - moim zdaniem wyszło trochę zbyt topornie. Polecam zagorzałym fanom Yonedy, którzy mają trochę wolnego czasu i naprawdę nie wiedzą, co z nim zrobić - pozostałym zamiast tego polecam przeczytać jeszcze raz mangę, bo niestety live action się do niej nie umywa.

Wednesday, April 8, 2015

BL w dwóch odsłonach

Pierwotnie ta notka miała być dwiema osobnymi, jednak uznałam, że ciekawie będzie ją scalić i potraktować jako spojrzenie na dwie mangi, które - choć z tego samego gatunku, BL - różnią się od siebie jak ogień i woda. Zarówno “Tylko kwiaty wiedzą” jak i “Heart of Thomas” są jednymi z moich nowszych nabytków i, choć lektura obu sprawiła mi niesamowitą przyjemność, jest to przyjemność zupełnie różnych rodzajów (o jaa, zabrzmiało perwersyjnie...).

Wydaniem “Tylko kwiaty wiedzą” Rihito Takarai wydawnictwo Kotori spełniło jedno z moich mangowych marzeń. Przeczytałam pierwszy tomik w polskim wydaniu jednym tchem i… hm, no właśnie. Ale zacznijmy od początku.

Tytuł oryginału: 花のみぞ知る
Tytuł polski: Tylko kwiaty wiedzą
Ilość tomów: 3
Autor: Takarai Rihito
Wydawca: Kotori
Gatunek: dramat, romans, okruchy życia, yaoi

Arikawa jest studentem - na uczelni radzi sobie dobrze, ma śliczną dziewczynę, wielu przyjaciół, słowem - nie ma na co narzekać. Pewnego dnia przypadkowo poznaje chłopaka z innego wydziału, Misakiego - nieśmiałego, cichego i zamkniętego w sobie, który całe dnie spędza w laboratorium. Pozornie nieznaczące spotkanie prowadzi jednak do kolejnych wydarzeń, a Arikawa przekonuje się, że nie może przestać śnić o kimś noszącym piękny naszyjnik w kształcie kwiatu.

Mangi pani Takarai uwielbiam, ta również nie jest wyjątkiem. Historia jest bardzo nastrojowa, a jednocześnie prosta i w jakiś sposób kojąca, kreska po prostu urocza, a na okładkę nie mogę się napatrzeć. Fabuła rozwija się powoli, wszystko ma ręce i nogi. To zdecydowanie nie jest kolejna manga z cyklu “Cześć, widziałem Cię przedwczoraj w barze, siedziałeś cztery stoliki dalej, chodźmy do łóżka.” Bohaterowie, mimo że skrajnie różni, dają się lubić od samego początku i są przy tym realistyczni. Kotori wypuściło na polski rynek kolejną perełkę i wykonało przy tym kawał dobrej roboty, niestety z jednym sporym “ale”.

Tomik pozbawiony jest obwoluty, za to posiada matową okładkę ze skrzydełkami wykonaną z przyzwoitej jakości i grubości tektury. Papier jest biały, lecz nieco zbyt cienki - druk przebija na drugą stronę i jest to dość mocno widoczne. Co do nasycenia czerni nie mam uwag, co ma być czarne, to jest. Marginesy wewnętrzne są odpowiednio duże, nie trzeba łamać grzbietu, aby doczytać, co jest napisane na wewnętrznych częściach stron. Klejenie również jest w porządku, tym razem nie ma problemu z niedoklejonymi stronami lub klejem wylewającym się na okładki. Nie zauważyłam także łupieżu, który ostatnio nękał wydania wydawnictwa z ptaszkiem.

Duże zastrzeżenie mam co do przycięcia stron. Dosłownie co czwarta strona jest zbyt mocno ucięta - co chwila zdarza się dymek ze ściętymi literami. Niby nie sprawia to problemów przy czytaniu, ale wygląda słabo, a że problem jest nagminny w całym tomiku, trochę mnie to boli. Kolorowa strona też trafiła mi się z felerem, mianowicie ze skazą, która wygląda na przetarcie na zagnieceniu. Szkoda, bo grafika sama w sobie jest śliczna.

Feler trochę mało widoczny, ale jest. Trust me.
Ucięte lub prawie ucięte dymki.
I tu też.
W tłumaczeniu nie mam się do czego przyczepić, również korekta dobrze się spisała - nie zauważyłam błędów ani literówek, a jedyne, co wypatrzyłam, to bodajże dwa przecinki-sierotki. Poza tym, jak zwykle w przekładach Tomasza Molskiego, całość czyta się bardzo przyjemnie.

W zasadzie nie wiem, jak bardzo trzeba by było skopać to wydanie, abym była z niego niezadowolona - mimo tych poucinanych brzegów stron zakup tomiku uważam za naprawdę udany. Mam nadzieję, że kolejne dwa będą pozbawione tego defektu - a jeśli w pozostałych aspektach wydawnictwo utrzyma poziom z tego tomu, będzie to naprawdę przyzwoicie wydana manga.


Tytuł oryginału: トーマの心臓
Tytuł angielski: Heart of Thomas
Ilość tomów: 3, omnibus 1
Autor: Hagio Moto
Wydawca: Fantagraphics, wydanie omnibusowe
Gatunek: dramat, tragedia, psychologiczne, shoujo, shounen-ai


Stare mangi shoujo mają to do siebie, że wywołują skrajne emocje - jedni je kochają, inni nie znoszą. Ja należę do tej pierwszej grupy - uwielbiam starą, klasyczną kreskę, rozbudowane postaci i niekończący się Weltschmerz bohaterów. Heart of Thomas było zakupem dość impulsywnym - nie dlatego, że zobaczyłam i uznałam “chcę”, ale dlatego, że dość długo walczyłam ze sobą, bo wydanie Fantagraphics jest masakrycznie drogie, a ja ciągle miałam nadzieję, że ten tytuł zostanie wydany przez JPF. Niestety wygląda na to, że póki co na polskie wydanie nie ma co liczyć, a ja uznałam, że raz się żyje. Poza tym mam dziwną słabość do wydań typu n w 1 i w twardych oprawach, więc ta walka w zasadzie była przegrana od samego początku. ;)

Nie mogę powiedzieć, że Moto Hagio jest jakąś moją ukochaną autorką. “Było ich jedenaścioro” podeszło mi dość średnio - i choć doceniam urozmaicone kreacje bohaterów i wiem, że science-fiction ma prawo zdążać bardziej w stronę fiction, to jednak nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to straszliwy pseudonaukowy bełkot. A ponieważ w ogóle nie przepadam za science-fiction, nie było trudno mnie do tego tytułu zrazić. Do Klanu Poe jeszcze się nie przekonałam i trochę się gryzę sama ze sobą, ale tylko ze względu na okropne czcionki użyte w wydaniu JPF. Przeglądałam to wydanie już kilka razy i za każdym dostawałam wysypki na uszach na widok tych zawijasów. Niemniej jednak, pewnie gdy trafię na dobrą okazję, dołączę ten tytuł do kolekcji. No, ale do rzeczy.

Thomas Werner, trzynastoletni uczeń męskiego gimnazjum w XX-wiecznych Niemczech nieszczęśliwie ginie podczas upadku z wysokiej kładki dla pieszych. Tuż przed śmiercią wysyła krótki list do kolegi z klasy, Juliego.

To Juli, one last time.
This is my love.
This is the sound of my heart.
Surely you must understand.


Wieść o śmierci Thomasa błyskawicznie obiega całą szkołę. Kim był Thomas? Kim był dla niego Juli? I czy śmierć Thomasa faktycznie była tylko skutkiem nieszczęśliwego wypadku? W krótkim czasie po śmierci chłopca w szkole pojawia się nowy uczeń, Erich, podobny do Thomasa jak dwie krople wody.

  
Manga jest jedną z pierwszych z gatunku shounen-ai i już na dzień dobry serwuje nam złamanie pewnych schematów - tu samobójstwo nie jest konkluzją, a wstępem. Jak można się też domyślić, Thomas wcale nie jest tu głównym bohaterem. Jego śmierć jest tylko pretekstem do skupienia się na Julim - jego charakterze, demonach przeszłości i problemach. Historia oczywiście mocno trąci pewnym mistycyzmem, jest w niej też dużo nawiązań do chrześcijaństwa i wiary jako takiej. Autorka bardzo dużą wagę przywiązała do przeplatania się różnych wątków, tajemnic i intryg, lecz w połączeniu z typowo codziennymi sytuacjami - nauką, korzystaniem z biblioteki, wspólnymi posiłkami uczniów - pozwala to czytelnikowi wczuć się w opowieść i dać się pochłonąć wykreowanemu przez Hagio światowi. Młody wiek bohaterów nieco mi się gryzie z ich dojrzałością - większość z nich jest nad wyraz dojrzała i na swój sposób wyrachowana. To połączenie jest niepokojące, ale jednocześnie tworzy genialny klimat i napięcie. Sami bohaterowie są zresztą bardzo skomplikowani i wielowarstwowi - co z jednej strony jest typowe dla mang shoujo z lat siedemdziesiątych, ale jednak w porównaniu ze współczesnymi mangami niezwykłe i świeże.

Kreskę można kochać lub nie, ale na pewno nie można powiedzieć, że nie pasuje do historii. Oczy są duże i roziskrzone, rzęsy gęste i długie, palce smukłe, a włosy pływają - doskonale pasuje to do “ezoterycznej” i w sumie sentymentalnej atmosfery Heart of Thomas. Autorka w niewielu miejscach rysuje postaci w stylu deformed - uproszczone, jakby spłaszczone i zazwyczaj rozwrzeszczane. I bardzo dobrze, bo jej to zupełnie nie wychodzi i im mniej takich potworków w jej wykonaniu, tym lepiej. Uważam też, że ich nadmiar zepsułby klimat mangi - a więc wszystko do siebie pasuje i wszystko się zgadza.

Wydanie wydawnictwa Fantagraphics prezentuje się bardzo okazale - ok. 520 stron mangi wydrukowanej na śnieżnobiałym papierze w twardej złożonej oprawie naprawdę wystarczy wziąć do ręki, aby zaliczyć natychmiastową poprawę humoru. Papier jest dobrej gramatury, druk nie przebija na drugą stronę. Stron kolorowych jest naprawdę sporo, marginesy są odpowiednio duże, a numery stron występują bardzo często.

W zasadzie zastrzeżenia mam trzy. Po pierwsze na 29. stronie brakuje tekstu w kilku dymkach - pisała o tym na swoim blogu już tłumaczka, Matt Thorn, i absolutnie rozumiem, że wpadki się zdarzają, ale jednak kupując mangę za tak kosmiczną cenę spodziewałabym się większej sumienności przy sprawdzaniu materiału. Niemniej jednak brakującego tekstu jest naprawdę niedużo i brak ten w żaden sposób nie wpływa na możliwość zrozumienia fabuły.
Tekst, którego nie było. ;)
Błąd drugi to powtarzająca się w kilku miejscach literówka w imieniu Gustav. “Gustaf” straszy w kilku miejscach, a błąd jest ewidentny, bo pisownia ta nie jest konsekwentnie stosowana. I na koniec rzecz trzecia, mianowicie zbyt mocno przycięte strony, które ucinają część tekstu w dymkach. Zdarza się to jednak tylko w kilku miejscach, na co przy takiej objętości wydania mogę przymknąć oko.

No dobrze, cztery zastrzeżenia. “Didn’t used to” złapałam w dwóch miejscach i mam wrażenie, że korekta trochę zaspała. Ja wiem, że ta forma jest dopuszczalna w mowie potocznej, ale po pierwsze nie pasuje w druku, a po drugie już na pewno nie pasuje do dość sztywnego języka, jakim posługują się bohaterowie. Dlatego - jak dla mnie - to ewidentny babol. Innych błędów typowo korektorskich, poza wspomnianym już Gustafem, nie wyłapałam.

Czy mangę polecam? Tak. Miłośnikom gatunku, miłośnikom klasycznych mang, pięknych wydań, starej kreski, Moto Hagio, a także ciekawskim, którzy chcą poznać prekursorskie mangi. Nie wszystkim. Jeśli ktoś myśli, że znajdzie w środku typowe shounen-ai a.k.a. miód na serce, to się srogo zawiedzie. Heart of Thomas to historia raczej ciężka, dość mocno pogmatwana i zdecydowanie bez (typowego) happy endu. Ja się czuję zupełnie oczarowana i nawet kosmiczna cena tej mangi nie jest w stanie zmusić mnie, abym żałowała zakupu. Teraz marzy mi się angielskie lub polskie wydanie Houmonsha i Juuichigatsu no Gymnasium do kompletu. ;)


Uch, odnoszę wrażenie, że jestem straszną zołzą i wytykam najmniejsze potknięcia tym biednym wydawnictwom… Ale co ja poradzę, że mój wewnętrzny pedant czasem zwija się do pozycji embrionalnej i płacze w kącie, gdy widzi wylewające się kleje i inne nieszczęścia...

Saturday, March 14, 2015

In These Words - jeden komiks w trzech wydaniach

Bardzo niewiele jest tytułów, których pożądałam na swojej półce w takim stopniu, co In These Words. Komiks pań ze studia Guilt|Pleasure (http://www.guiltpleasure.com/) jest raczej powszechnie znany, choć wszelkie próby udostępniania skanlacji są regularnie i żywo zwalczane. Dlaczego “komiks”? Ano dlatego, że trudno mi to dzieło zaklasyfikować. 
Z jednej strony panie są z pochodzenia Tajwankami, więc nasuwa się określenie manhua. Z drugiej strony mieszkają w Stanach, więc może OEL? Same autorki ITW zaś nazywają doujinem. Dlatego też “komiks” wydaje mi się określeniem najbezpieczniejszym i dlatego będę się go trzymać.

O co w ogóle chodzi? Główny bohater, psychiatra Asano Katsuya, współpracuje z policją nad sprawą seryjnego mordercy. Podejrzanym jest Shinohara Keiji, który obiecał zeznawać, ale tylko wtedy, gdy zeznania wysłucha nikt inny, tylko sam Asano. W tym samym czasie psychiatrę zaczynają nawiedzać niepokojące koszmary senne, a to, co mówi Shinohara podczas przesłuchań, zdaje się w przerażającym stopniu spajać z treścią tych snów. Tak zaczyna się psychologiczny thriller yaoi (jakkolwiek by to nie brzmiało), który mnie wciągnął od pierwszej strony.

Od lewej - wydanie 801 Media, Guilt|Pleasure, Tokyopop Deutchland

Pierwszą kopią ITW na mojej półce było wydanie 801 Media, którego zresztą szukałam długo i namiętnie, bo ceny komiksu na Amazonie były naprawdę niedorzeczne. Drugi tom mam w wydaniu niemieckim, bo gdy zupełnie straciłam nadzieję na wydanie drugiego tomu po angielsku, a wydanie niemieckie okazało się mieć całkiem przystępne ceny, uznałam, że może i mózg mi wyparuje przy próbie czytania, ale chcę to mieć dla samej grafiki (Jo Chen rysuje doprawdy znakomicie). Dotychczas Guilt|Pleasure publikowało swoją pracę w postaci pojedynczych rozdziałów - samych w sobie już dość drogich ($12 za 40-50 stron komiksu), a po doliczeniu kosztu wysyłki z USA drogich już absurdalnie, dlatego wstrzymywałam się z kupnem dalszego ciągu po angielsku. W lutym jednak paniom w końcu udało się wypuścić własne wydanie tomikowe - i wtedy już nie było zmiłuj, musiałam je kupić. Stąd też w tej chwili na mojej półce trzy różne wydania In These Words, co oczywiście aż się prosi o porównanie.

ITW 1, DMI, 801 Media
Wydanie, mimo iż wydrukowane na typowym dla DMI szarawym i chropowatym papierze, wygląda całkiem ładnie. Okładka jest matowa, z ładnym balansem kolorów. W środku mamy kilka kolorowych stron na lśniącym, grubszym papierze - niestety grafiki dwustronne są rozdzielone na dwie strony, co trochę ujmuje im uroku. Wstęp w postaci ok. 10 stron tekstu wydrukowany jest w dziwaczny sposób - absurdalnie duża czcionka, mikroskopijne marginesy - wygląda to doprawdy osobliwie. Ja wiem, że DMI nie wydaje książek, a light novel z rzadka, ale żeby aż tak…?
Powieściowy wstęp w wydaniu 801 Media

ITW 1, 2, Guilt|Pleasure
Tekst komiksu jest identyczny jak w wydaniu 801 Media - i niestety w obu wydaniach jest sporo błędów. Dziwne konstrukcje gramatyczne, nieuzasadnione żonglowanie czasami - sprawia to wrażenie, jakby nie tknęła tego korekta. A szkoda, bo w zasadzie to jedyny duży minus, jaki widzę w edycji G|P. Strona graficzna komiksu wypada doskonale - format A5, biały, lśniący i ciężki papier, zdecydowanie lepsze nasycenie czerni niż w przypadku 801 Media - na to naprawdę chce się patrzeć. Komiks został wydany w obwolucie z lekko chropowatego papieru z wybranym lakierem, pod spodem na okładkach znajdują się mini komiksy. Tym razem kolorowe strony zostały wydrukowane w postaci rozkładanych kart, dzięki czemu można podziwiać całą grafikę. Powieściowy wstęp również wygląda bardzo ładnie, z dobrze dobranymi marginesami i zgrabną czcionką. Mogę się tylko przyczepić miejscami zbyt mocno przyciętych kadrów - czasem ucięty jest nawet fragment tekstu w dymkach - i w kilku miejscach dziwnymi odstępami między apostrofem a resztą znaków w wyrazie. Poza tym (i oczywiście wspomnianymi już błędami w tekście) to naprawdę cudeńko, które przyprawia mnie o orgazm oczny za każdym razem, gdy na nie patrzę. 
I regret nothing.

ITW 2, Tokyopop Deutschland
Tłumaczenia nie ocenię, bo moje czytanie tego wydania doszło do skutku tylko dzięki dostępowi do Internetu i Google Translate (co jest dość żenujące, biorąc pod uwagę, ile czasu w szkole uczyłam się niemieckiego - ale tę kwestię pomińmy). Jeśli chodzi o stronę graficzną wydania - ten sam szarawy papier, co w wydaniu 801 Media, na którym, o zgrozo, zostały wydrukowane również kolorowe strony. Do tego ta czcionka jakaś taka… nie wiem, nie leży mi. Za to bardzo na plus wypada okładka z wybranym lakierem. Wizualnie edycja niemiecka wypada moim zdaniem sporo słabiej niż ta od 801 Media. Jeśli ktoś jednak zna niemiecki chce po prostu przeczytać komiks, a nie zależy mu specjalnie na pięknych kolorowych stronach czy obwolucie lub po prostu woli opcję ekonomiczną, to jest to wcale niezły pomysł - w księgarniach internetowych wydanie Tokyopopu można kupić w granicach 30-35 zł za tom. Ja ze swoim egzemplarzem rychło się pożegnam, bo z chwilą dostania w łapki wersji angielskiej moje przywiązanie do niego znacząco osłabło. ;)
Wydanie niemieckie. Ta czcionka mi naprawdę nie pasuje.
Aż się prosi, aby ta grafika była wydrukowana na błyszczącym papierze... ale nie.

Jeśli chodzi o samą historię - na pewno nie jest dla wszystkich. Komiks jest bardzo (bardzo, bardzo) graficzny, dużo krwi, seksu i ogólnie pojętego cierpienia głównego bohatera. Nie za bardzo da się napisać o nim coś więcej, aby nie robić spoilerów, ale trzeba mieć naprawdę mocne nerwy, żeby przetrwać pierwszy tom. Moim zdaniem absolutnie warto. ;) Teraz ostrzę sobie zęby na prequele do In These Words - ale ponieważ autorki zapowiedziały wydanie wersji tomikowej, gdy uzbierają nań wystarczającą ilość materiału, wcale nie wykluczam, że poczekam, aż to nastąpi. No, chyba że po drodze wygram w totka - to nie.

Zdjęcia zostały wykonane skarpetą, o czym wiem i przepraszam, ale niestety nic lepszego nie miałam pod ręką. ;w;

Tuesday, February 24, 2015

Loveless - Viz vs. Studio JG

Najpierw ogłoszenie parafialne - wobec braku jakiegokolwiek sprzeciwu (D. - Ty się nie liczysz, sorry. :P) od tej chwili notki będą po polsku. Bo tak, kto bogatemu zabroni.
If my Google statistics don't lie and there is actually anyone that reads this blog and doesn't speak Polish, feel free to leave a comment - I'll continue posting in English. Otherwise, from now on, I'm going to post in Polish.
------------
Zdjęcia w dzisiejszej notce sponsoruje moje nieogarnięcie, które udowadnia, jak złe zdjęcia można zrobić dobrym aparatem, jeśli nie umie się go właściwie ustawić. Notka dedykowana jest moim ulubionym męczybułom, D. (który domaga się notek po angielsku, bo "po polsku i tak ma i to wersję rozszerzoną") i Hermannowi, którzy codziennie jęczeli, że nie ma nowej notki. No to macie, jest, koniec jęczenia. ;)
------------

Loveless to jedna z tych mang, które regularnie miewam ochotę przeczytać po raz kolejny. Gdy zobaczyłam polskie wydanie - na białym papierze, z obwolutą, ślicznymi grzbietami - mój wewnętrzny sknera pożałował kasy, upierając się, że skoro mam wydanie angielskie, to polskie już mi nie jest potrzebne. Niestety (albo na szczęście) moje zboczenie wygrało i tak oto weszłam w posiadanie wszystkich czterech dotychczas wydanych przez Studio JG tomików. Tym samym Loveless jest pierwszą mangą, którą kupiłam w więcej niż jednym wydaniu z zamiarem zatrzymania obu (zdarzyło mi się już co prawda kupić Sekaiichi Hatsukoi po niemiecku, ale czym prędzej je wymieniłam na inną mangę po ogłoszeniu wydania angielskiego, a potem polskiego, bo mój mózg wyraził zdecydowany sprzeciw przy próbie czytania). Oczywiście taka okazja aż prosi się o porównanie obu wydań - a że jestem pedantką i nie chcę niczego pominąć, zrobię to w punktach. ;)

Tytuł oryginalny: ラブレス
Tytuł polski/angielski: Loveless
Autor: Kouga Yun
Wydawca polski: Wydawnictwo Studio JG
Wydawca angielski: Viz Media
Gatunek: Dramat, akcja, psychologiczne, fantasy, josei, shounen-ai (przynajmniej według niektórych)


1. Strona graficzno-namacalna (i zmacana)
Wydanie angielskie jest w nieco większym formacie niż polskie. Tomy 1-8 zostały wydane w wersji 2 w 1, dopiero tomy od 9. są wydawane pojedynczo. Nie posiadają obwoluty, za to mają - jak zwykle w wydaniach Viza - nieco przykrótkie okładki. W angielskim wydaniu manga wydrukowana jest na ekologicznym i nieco szarawym papierze. Jest on jednak na tyle gruby, że druk nie przebija na drugą stronę. W polskim wydaniu również nie widać przebić, choć papier jest zdecydowanie przyjemniejszy (lubię biały papier, tak już mam).




Wydanie Studia JG - szczególnie tom drugi - ma małe problemy z nasyceniem czerni - na wielu stronach jest to wręcz szarość. Wydanie angielskie w zasadzie nie jest tu lepsze, bo prócz tego występuje gdzieniegdzie efekt łupieżu. Obu wydaniom do idealnego nasycenia druku, jakie jest moim zdaniem znakiem rozpoznawczym Mega Mang JPF (choć za samym JPF nie przepadam), niestety sporo brakuje. Dodatkowo w wydaniu Viza w kilku (na szczęście dosłownie kilku) miejscach tusz był wyraźnie rozmazany, zdarzyło się też kilka plamek.

Jeśli chodzi o kadrowanie stron - wydanie angielskie ucina mniejszą część kadrów niż polskie - w kilku miejscach w wydaniu angielskim ilustracja sięga dalej niż widać to w wydaniu polskim. Wersja Studia JG natomiast ma większe wewnętrzne marginesy, zatem mangę łatwiej czytać bez obaw o złamanie grzbietu.

Kolorowe strony w obu wydaniach zostały wydrukowane na papierze o podobnej jakości. Mam wrażenie, że balans kolorów w wydaniu polskim jest nieco lepszy i ilustracje wyglądają korzystniej. Tył obwolut zdecydowanie lepiej prezentuje się w wydaniu polskim - możemy podziwiać grafikę w pełnym rozmiarze. W wersji anglojęzycznej z tyłu mamy dużo mniejszą grafikę i opis fabuły.

2. Zawartość
Tu zdecydowanie lepiej wypada wydanie angielskie, które zawiera dodatki w postaci niepublikowanych wcześniej w wersjach tomikowych mini komiksów, grafik, wywiadów itd. W sumie każdy omnibus zawiera ok. 50 dodatkowych stron. W imię zasady, że w przyrodzie nic nie ginie, tomy podwójne zawierają wszystkie kolorowe grafiki z wydań pojedynczych, w tym te z obwolut.




3. Tłumaczenie i jakość korekty
Niestety miejscami odnosiłam wrażenie, że polskie tłumaczenie jest zrobione nieco na siłę. Wtrącono bardzo dużo kolokwializmów, które, o ile pasują np. do Kio, tak w przypadku Ritsuki brzmiały aż nienaturalnie. Ritsuka - właśnie. Ile idiotycznych zdrobnień tego imienia wymyśliła tłumaczka, to się w pale nie mieści. “Riciaczek” przyprawił mnie o ból zębów. Studio JG zastosowało też - po raz kolejny - niezrozumiały dla mnie zabieg, tj. zastąpienie w tłumaczeniu imion długich głosek, typu ou, krótkimi. I tak, mamy Yoji zamiast Youji i Sobi zamiast Soubi.

Kolejny lekki ból zębów to “sentouki” przełożony na “żołnierz”. Niestety jestem świadoma, że w języku polskim nie ma dobrego odpowiednika tego słowa i każde inne brzmiałoby równie kanciasto, dlatego specjalnie nie narzekam, ale “fighter” w wydaniu angielskim zdecydowanie lepiej brzmi i pasuje do kontekstu.

Zaklęcia przełożono całkiem nieźle - oczywiście brzmią patetycznie, tak samo zresztą jak w wydaniu angielskim, ale nic mi nie zgrzytało. Co natomiast wyszło w polskim wydaniu bardzo na plus, to zostawienie kilku wulgaryzmów. Umówmy się, to nie jest manga dla dzieci i wulgaryzmy akurat są betką w porównaniu do tego, co się w mandze dzieje. Wydanie angielskie jest chyba zbyt ugrzecznione pod tym względem, ale z drugiej strony zalecany rating wydawcy to 13+ (zupełnie dla mnie niezrozumiały, ale to insza inszość).

Korekcie w wydaniu polskim umknęła jedna przepiękna literówka - “przełkuć” w kontekście uszu. Kiedy wyobraziłam sobie, jak może wyglądać proces przełkuwania (mózg mam skażony zboczeństwem, więc różne rzeczy się w nim roją), parsknęłam śmiechem, a zatem wybaczam tego babolka. Innych błędów nie wypatrzyłam. W angielskim wydaniu na 100% widziałam jakąś literówkę, ale już nie pamiętam, co to było, a, rzecz jasna, nie chce mi się szukać, bom stworzenie leniwe z natury.


Podsumowując - oba wydania mają swoje wady i zalety. Największym jednak plusem wydania angielskiego jest to, że wyszły już w tym języku wszystkie tomy dostępne w Japonii. Tak więc zamierzam kupować tomiki publikowane przez Studio JG, bo są prześliczne, ale jak ukaże się po angielsku kolejny tom, nie omieszkam go zamówić. ;)